Witam.
Wczoraj ogólnie pechowy dzień bo ulewa jak cholera a ja bez kawałka osłony (widać zbiorniczek spryskiwaczy) i po wjechaniu w kałuże piszczał pasek na alternatorze,ale do rzeczy.
Wieczorem wsiadam kręcę ,odpalił jak zwykle super:-) ale....słyszę jakby turbo mi ktos zamontował????.
Zdezorientowany chwilę się przysłuchuję i czuję spaleniznę,wyłączyłem od razu.
Wymysliłem potem,że nie odbił rozrusznik i "tańcował" razem z kołem zamachowym i chyba to prawda bo dzis rano wszystko normalnie.
Teraz pytanie,czy miał ktoś taka jednorazową akcję,czy jest szansa ze juz sie nie powtórzy,czy lepiej szykowac się do naprawy?
Dodam,że dzień wcześniej pierwszy raz "udało" mi się wpiepszyc na sekunde rozrusznik w juz chodzący silnik,nerwy:-)Czy możliwe ze po tym wypadku kiedy go wkręciłem i zgrzytnęło juz sie zęby powyginały tak, ze potem nie chciał mi się wysprzęglić?
albo wawie,że jak ruszy to nie odpuści i będę pchał
